JOGA A ZMIENNOŚĆ

Na czym polega magia jogi? Co w tych ćwiczeniach sprawia, że jest wybierana na całym świecie jako świetny rodzaj aktywności fizycznej oraz medytacji?

Pozycje, na których opierają się ćwiczenia jogi, pozwalają się transformować, a co za tym idzie zmieniać postawę jednostki, w fizycznym i psychicznym sensie. Bo kiedy wchodzimy na matę i zaczynamy płynąć wraz z poleceniami prowadzącego/ej (który/a może kryć się w nas samych) nie wiadomo kiedy z człowieka stajemy się zupełnie innymi istnieniami.

Stajemy się drzewem (Vrksasana). Nie mamy już o czym myśleć, możemy natomiast poczuć korzenie wchodzące głęboko w ziemię i czerpiące z niej wszystko, czego im potrzeba; możemy wyciągać gałęzie do góry, by złapać promienie słońca, które pozwolą nam odżyć. Możemy oddychać. I choć czasem (na przykład gdy zamkniemy oczy i nasz zmysł równowagi zostanie wystawiony na próbę) zawieje wiatr, uczymy się, jak dzięki kontaktowi z ziemią nie poddawać mu się i nie upadać. Zaraz potem zmieniamy się w górę (Tadasana), która, wydawałoby nie odczuwa zupełnie nic. A jednak, czujemy stabilność, czujemy ugruntowanie i siłę. Innym razem stajemy w pozycji wojownika (Virabhadrasana), co przypomina nam o wadze męskiego pierwiastka – o determinacji i zdecydowaniu; o tym, by sięgać po to, co chcemy osiągnąć. Jednocześnie uświadamiamy sobie, że aby zrealizować swoje cele, musimy odnaleźć wewnętrzną równowagę, zachować otwartość. Asana wojownika nie trwa jednak wiecznie, a my tak samo jak i w niej, próbujemy odnaleźć się w pozycji dziecka (Ananda Balasana), trzymającego swoje stopy lub odpoczywającego w pozycji przypominającej embrionalną. Leżymy tak, cofając się w czasie do chwil, gdy byliśmy mali, niemal nieświadomi (a może właśnie bardziej świadomi?), kiedy świat ograniczał się do najbliższych, a źródłem ukojenia był matczyny głos i smak jej piersi. Uczymy się, że nadal jesteśmy dziećmi, które nigdy nie będą w pełni świadome i w pełni autonomiczne i przez to musimy zawierzyć czemuś na zewnątrz i wewnątrz nas – własnej pokorze, ufności w to, że wydarzenia, które nas spotykają, mają sens. Wierze w to, że coś czuwa nad naszym losem i poprowadzi nas. Nie możemy zapominać także o pozycjach związanych ze zwierzętami. Mamy tu psa z głową w dół (Adho mukha śvānāsana) – psią esencję, skorą do zabaw, zawieszoną w oczekiwaniu, równie ufną. Mamy kobrę (Bhujangasana) przy której niejednokrotnie strzyknie nam w kręgosłupie. I ta kobra nie jest ucieleśnieniem negatywnych cech, jakie często się jej przypisywało w ludzkiej kulturze – ta kobra również jest nauczycielką. Uczy nas poruszać się delikatnie, niemal płynąć; jak połączyć dwie przeciwstawne siły – tę, która pozwala nam się odepchnąć od maty z tą, której musimy użyć by rozluźnić ramiona i wyciągnąć szyję. Możemy wygiąć plecy jak rozciągający się kot (Marjaryasana), przechodząc kilka razy od niego do krowy (Bitilasana). Dwa różne gatunki, budzące zupełnie inne skojarzenia, które nagle zdają się pasować do siebie, uzupełniać się. Nie można być jednym zbyt długo, bo ucierpi nasze ciało, a co za tym idzie, umysł. Musimy umieć czerpać z obu postaw, lawirować między nimi tak, by dzięki ciągłemu ruchowi osiągnąć optymalny dla nas, komfortowy stan.

Nie od dziś wiadomo, że nasze emocje zapisują się w naszym ciele. Ktoś, kto jest przygnębiony, zawstydzony, wycofany przyjmie postawę ze zwieszoną głową, przygarbionymi plecami. A ktoś, kogo rozpiera pewność i miłość – zupełnie odwrotnie. Jednak proces ten działa także w drugą stronę, ponieważ nasz mózg nie lubi sytuacji konfliktowych. Więc kiedy z bagażem negatywnych emocji przyjmiemy pozę otwartości i pewności, coś przestaje się zgadzać. Żeby pogodzić te dwie sprzeczności umysł stwierdza “skoro stoję w taki sposób, jakbym był/a szczęśliwy/a, to jestem szczęśliwy/a”.

Joga uczy przemian. Nie jednej przemiany, a ciągłych zmian, z których w istocie składa się i zawsze będzie się składać życie. To dzięki pracy nad elastycznością możemy znaleźć się w każdej sytuacji i odpowiednio zareagować. Poza tym transformacje te, w połączeniu z medytacyjnym oddechem, dotyczą czegoś jeszcze głębszego: odsuwają ego na dalszy plan. Nie ma ciebie, nie ma ja, jest pies, w którego się zmieniasz, góra, z którą współodczuwasz, wdech i wydech, które świadczą o tym, że żyjesz. Odpowiednio wykonywana, a więc i prowadzona joga, opiera się na doświadczeniu nie fizycznym i nie psychicznym, a na ich połączeniu. Ruch i stan umysłu stanowią tutaj jedność. Kiedy przyjmujesz określoną postawę, stajesz się przez chwilę kimś lub czymś innym. Kiedy uczysz się zmieniać uświadamiasz sobie, że Twój umysł też jest zmienny. Jeśli jest zmienny i zależy od tylu różnych czynników, to gdzie jest Twoje “ja”? Czy to “ja” w ogóle jest? Czy jest czymś więcej niż chwila, której doświadczasz w teraźniejszości? A może właśnie staje się czymś więcej, kiedy uczysz się doświadczać, być, istnieć tu i teraz?

Dzięki konceptowi prany – siły życiowej, podczas ćwiczeń jogi przestajemy separować cielesność od duchowości. Czujemy połączenie się energii każdego naszego aspektu w jedną, spójną całość. Każda asana jest doświadczeniem całego ciała, a nie poszczególnych jego elementów. Pozwala to na zachowanie równowagi, równomierną pracę wszystkich mięśni, lecz także na zmianę świadomości. Pamiętam, kiedy pierwszy raz uświadomiłam sobie to dziwne uczucie, towarzyszące mi po głębokiej sesji. Uczucie, którego długo nie potrafiłam nazwać. Było mi inaczej, na pierwszy rzut oka nie gorzej i nie lepiej. Ale czułam znaczną różnicę i spodobała mi się ona. Najtrafniejszy jej opis, jaki przyszedł mi do głowy, to świadomość – świadomość własnego ciała, a raczej świadomość ogółem, która przesunęła swój środek z głowy, w której zwykle spoczywa, na całe ciało. Miałam świadome uszy, świadome oczy, świadome ręce i świadome małe palce u stóp. Moja świadomość rozciągnęła się, obejmując zdecydowanie więcej – i choć ktoś może zarzucić, że rozpostarła się jedynie na moje ciało – to i tak ogromna zmiana w porównaniu z tym, do jakiej przestrzeni ograniczała się ona przez dłuższy czas mojego życia.

Może dlatego często osoby, które praktykują jogę, eliminują z diety mięso i produkty związane z krzywdą zwierząt, ograniczają materialną konsumpcję, segregują śmieci i biorą udział w charytatywnych akcjach – wraz ze wzrostem świadomości i zanikaniem ego, ma szansę rozwinąć się empatia, która pozwala dokonać takiej decyzji i pokusić się o zmianę stylu życia. Jakby nie patrzeć, empatia pojawia się wtedy, kiedy potrafimy wczuć się w stan innej istoty. Jeśli jesteśmy zbyt skoncentrowani na sobie i swoich sprawach, trudniej nam zmienić punkt widzenia i dostrzec emocje drugiego stworzenia. Przeniesienie świadomości z dala od ego, które zawsze czegoś od nas wymaga i dąży do zaspokojenia swoich potrzeb, pozwala na współodczuwanie. To także odkrywanie na nowo jedności – ciało i duch są jednością, ale także jednostka i inne jednostki, osoba i cała planeta. Pociąga to za sobą konkretne (można powiedzieć karmiczne) konsekwencje – jeśli wyrządzę komuś krzywdę, wyrządzę ją sobie. Jeśli zaśmiecę planetę, będę żyć w śmieciach, a życie w śmieciach to gorszy stan zdrowia. Jeśli zjem zwierzę, które cierpiało, jego mięso będzie mniej wartościowe, bo stan zdrowia zwierzęcia, w tym stan psychiczny, rzutuje na stan jego ciała – nie odżywię swojego organizmu. Jeśli wspieram przemysłowe hodowle, które powodują zanieczyszczenie atmosfery i przyspieszają globalne ocieplenie – będę narażony/a na katastrofy ekologiczne. Ktoś o cynicznym nastawieniu stwierdziłby, że w takim razie działanie takie również skoncentrowane jest na ego, gdyż pozwala poprawić nasze warunki bytowe. Stawia to pod znakiem zapytania kwestie bezinteresowności. Ale jeśli zawierzymy naturze, zobaczymy, że bezinteresowność nie istnieje – altruistyczne działania pomagają nam poczuć się lepiej. Pomaganie innym pozwala odczuwać więcej miłości, a więcej miłości to także więcej szczęścia dla nas. Zdolność współodczuwania generuje w nas potrzebę wprowadzania zmian w świecie po to, byśmy mieli szansę dzielić z innymi pozytywne emocje, a nie pozostali skazani na współodczuwanie strachu i cierpienia. A zmiany w świecie należy zaczynać od zmian w sobie, co jest już tak utartym sloganem, że aż dziw, że trzeba to powtarzać.

Ale czy faktycznie joga ma aż taki wpływ na nasze życie? Czy nie wpadniemy tu w pułapkę ego, w postawę “oświeconych”, którzy ćwicząc jogę i pijąc kawę z roślinnym, a nie krowim mlekiem, uznają się za dobrych na tyle, by móc pouczać innych, jednocześnie przestając zauważać własne błędy? Oczywiście najwięcej zależy od jednostki. Od tego, po co ktoś sięga po jogę. Czy chce być rozciągnięty i móc przyjąć dobrze wyglądają pozycję? Czy chce poprawić stan swojego kręgosłupa, zlikwidować bóle pleców? Czy zależy mu na jakiejś aktywności fizycznej, bo przecież trzeba się czasem poruszać? Czy może chce popracować nad swoją duchowością?

Myślę jednak, że każdy powód, by zacząć, jest dobry. Nawet, jeśli motywacją jest zbudowanie ładnej sylwetki i możliwość zrobienia sobie dobrego zdjęcia na instagrama, to kiedy przyjdzie się na kilka zajęć, albo chociaż zacznie ćwiczyć w domu, z pomocą internetowych prowadzących, takie nastawienie może się zmienić. Dzięki nauczycielom jogi, którzy rozumieją, że joga jest narzędziem, jest doświadczeniem, jest zmianą, i którzy umiejętnie przekazuję tę koncepcję uczniom – zawsze na początku sesji musimy przynajmniej zadać sobie pytanie “po co spotykamy się na macie?”. A pytanie to pierwszy krok.